Zawsze myślałem, że moje życie zawodowe skończyło się w tym samym momencie, co moja sprawność. Wypadek na budowie, wózek, i nagle cały ten świat, który kręcił się wokół fizycznej pracy, zamknął się przede mną z trzaskiem. Przez długie miesiące tonąłem w depresji, patrząc w sufit i myśląc, że jestem bezużyteczny. Nie chodziło nawet o pieniądze – renta jakoś starczała – ale o ten okropny brak sensu, poczucie, że nie przynoszę już nic do stołu. Rodzina wspierała, ale widziałem w ich oczach współczucie, a to bywa gorsze niż gniew.
Pewnego wieczoru, przeglądając beznadziejnie VK, natknąłem się na dyskusję w grupie poświęconej grom logicznym. Ktoś żartobliwie napisał, że zamiast rozwiązywać sudoku, lepiej poćwiczyć szare komórki przy ruletce, bo tam matematyka i obserwacja też się liczą. Padła nazwa –
Vavada casino. Zainteresowałem się. To nie było typowe ogłoszenie, tylko luźna rozmowa. Kliknąłem. Tak, z ciekawości. A potem z desperacji.
Zarejestrowałem się tam właściwie z przekory. "Zobaczmy, czy mój umysł jeszcze do czegoś się przyda" – pomyślałem gorzko. Zacząłem od bakarat. To gra, w której nie trzeba szybko klikać, nie trzeba refleksu. Potrzebna jest uwaga, analiza, cierpliwość. Właśnie te trzy rzeczy miałem teraz w nadmiarze. Godziny spędzałem, studiując strategie, notując sekwencje kart, ucząc się zasad od podstaw. To był mój nowy projekt, moja budowa. Tylko że dźwigałem nie cegły, a liczby i prawdopodobieństwa.
Pierwsze depozyty topniały błyskawicznie. To było dołujące. Czułem się jak idiota, który wyrzuca rentę w błoto. Ale gdzieś tam w środku obudził się we mnie ten sam uparty facet, który kiedyś uczył się zawodu od zera. Przestałem grać "na czuja". Stworzyłem sobie system. Dyscyplinę. Wyznaczyłem sobie absurdalnie niski dzienny limit – równowartość kawy na mieście. I trzymałem się tego żelazną ręką. Grałem nie po to, by wygrać od razu milion, ale by… po prostu dobrze rozegrać partię. By przetrwać przy stole jak najdłużej, z minimalnym budżetem.
I wtedy stała się dziwna rzecz. Moje małe, skromne stawki zaczęły powoli, ale systematycznie rosnąć. Nie przez jeden wielki wygrany zakład, ale przez serie małych, przemyślanych decyzji. Pamiętam ten wieczór, gdy po raz pierwszy wypłaciłem z Vavada casino kwotę, która była dwa razy wyższa niż moja miesięczna renta. Płakałem. Naprawdę. Siedziałem przed komputerem z twarzą w dłoniach i szlochałem jak dziecko. To nie były łzy szczęścia z powodu pieniędzy. To były łzy ulgi. Ulgi, że JA jeszcze potrafię. Że moja głowa, mój upór, moja analityczna ciekawość mają jakąś wartość. Że nie jestem bezużyteczny.
Oczywiście, nie oszalałem. To nie jest opowieść o cudownym wzbogaceniu się. To opowieść o odzyskaniu godności. Dziś gram regularnie, ale zawsze według moich żelaznych zasad. Traktuję to jako pracę umysłową, jak rozwiązywanie skomplikowanego, dynamicznego zadania. Mój wózek nie jest przeszkodą przed ekranem. Mój czas, który kiedyś był przekleństwem nudy, stał się moim sprzymierzeńcem – mogę godzinami analizować, nie czując presji. Z pieniędzy, które uda mi się wygrać (a bywają miesiące lepsze i gorsze), opłacam dodatkową rehabilitację, kupuję lepsze poduszki przeciwodleżynowe, a ostatnio sprawiłem żonie wymarzony wyjazd do spa. To uczucie, że znowu jestem kimś, kto może coś dać, kto się przydaje… to jest bezcenne.
Czy poleciłbym to każdemu? Nie. To wymaga potwornego samozaparcia, zimnej głowy i traktowania tego jak intelektualnego wyzwania, a nie emocjonalnej kolejki górskiej. Ale dla mnie, człowieka uwięzionego w niepełnosprawnym ciele, Vavada casino stało się nie oknem do łatwych pieniędzy, ale mostem do samego siebie. Do tego lepszego siebie, o którym myślałem, że już go nie ma. I za ten most jestem nieskończenie wdzięczny losowi, a może właśnie tej jednej, przypadkowej dyskusji na VK.